I’m lying on my bed, on my back, with a bandage wrapped around my head. If I had a thermometer sticking out of my mouth, I’d look like an emoji for a sick person. There’s nothing wrong with me, at least nothing the bandage can fix, but there are two electrodes under it — one above my right eyebrow, the other higher up, beyond the hairline above my left eyebrow. They’re supposed to be making me smarter, or so the internet says. The eyebrow alignment thing is clutch because it’s hard to know exactly where to plant the anode and cathode, and placement is key if you want this thing to work. (ciąg dalszy: klik )
Tyrozyna
Tyrosine is a precursor to neurotransmitters and increases plasma neurotransmitter levels (particularly dopamine and norepinephrine)[11] but has little if any effect on mood.[12][13][14] The effect on mood is more noticeable in humans subjected to stressful conditions (see below).
A number of studies have found tyrosine to be useful during conditions of stress, cold, fatigue, loss of a loved one such as in death or divorce, prolonged work and sleep deprivation, with reductions in stress hormone levels, reductions in stress-induced weight loss seen in animal trials, improvements in cognitive and physical performance[13][19][20] seen in human trials; however, because tyrosine hydroxylase is the rate-limiting enzyme, effects are less significant than those of L-DOPA.... więcej
Dymka?
Tobacco company claims that smokers help the economy
Smokers are doing their country a huge favour by boosting tax revenue, dying early, and not drawing a pension, according to a report by the tobacco giant Philip Morris.
Officials in the Czech Republic have been given an analysis, commissioned by the cigarette manufacturer, which suggests that the economic benefits of smoking to the country far outweigh the harmful effects. Rather than being a drain on healthcare resources, smoking actually saves the country more than £100m ($140m) a year because of the premature death of smokers, concluded the Massachusetts based consulting firm Arthur D Little International, which carried out the analysis.
It worked out that the early death of smokers saved the government up to £21.5m on health care, pensions, and housing for elderly people in 1999... więcej:klik
Trochę skromnie
Trochę skromnie ostatnio z pisaniem u mnie, ale to dla tego że dużo się
dzieje. Buduję dom, przygotowuję się do doktoratu, otwieram firmę. Nie
obraźcie się, ale mam nadzieję że nie będę miał czasu pisać za dużo w
najbliższym czasie. Będzie to znaczyło że o chorobie zapomniałem i że
dążenie do celu pochłania mnie na tyle że nie mam czasu na nic innego.
Co do choroby: 4 miesiące spokoju. Jeszcze 2 i napiszę co dokładnie
robiłem. Sen
O tym że sen jest niezwykle ważny dla zdrowia wie chyba każdy, jednak dopiero niedawne badania na Surrey University udowodniły jak bardzo negatywny wpływ na zdrowie ma sen krótszy niż 6 godzin. Nie piszę tego żeby dołować osoby z AZS które z powodu choroby często mają problemy ze spaniem, ale bardziej żeby uświadomić jak ważne jest przerwanie błędnego koła AZS. W tej chorobie najgorsze jest to że każda jej konsekwencja powoduje jeszcze gorsze w skutkach inne konsekwencje.
Fragment: "Getting too little sleep
for several nights in a row disrupts hundreds of genes that are
essential for good health, including those linked to stress and fighting
disease.
Tests on people who slept less than six hours a night
for a week revealed substantial changes in the activity of genes that
govern the immune system, metabolism, sleep and wake cycles, and the
body's response to stress, suggesting that poor sleep could have a broad
impact on long-term wellbeing.
The changes, which affected more
than 700 genes, may shed light on the biological mechanisms that raise
the risk of a host of ailments, including heart disease, diabetes,
obesity, stress and depression, in people who get too little sleep..."
po resztę art. zapraszam tu: http://www.guardian.co.uk/science/2013/feb/25/sleeping-six-hours-night-activity-genes
Sugar baby love...
"...Cukier działa na mózg podobnie jak narkotyki. Czy zatem należy zakazać jego sprzedaży?
Należy zakazać sprzedaży słodzonych napojów gazowanych nieletnim. A dorosłym godziny sprzedaży znacząco ograniczyć. Podatek od tych napojów powinien zostać natychmiast podniesiony, aby ich cena wzrosła przynajmniej dwukrotnie. Sprzedaż batonów i wszelkiego rodzaju słodyczy w szkołach powinna być karana – zaproponował ostatnio słynny amerykański pediatra i specjalista od walki z otyłością, profesor Robert Lustig z University of California w San Francisco. „Zagrożenie zdrowia wywołane nadmierną konsumpcją cukru jest tak wielkie, że usprawiedliwia to wprowadzenie regulacji podobnych do tych, na jakie zdecydowano się w przypadku alkoholu czy nikotyny”...
Należy zakazać sprzedaży słodzonych napojów gazowanych nieletnim. A dorosłym godziny sprzedaży znacząco ograniczyć. Podatek od tych napojów powinien zostać natychmiast podniesiony, aby ich cena wzrosła przynajmniej dwukrotnie. Sprzedaż batonów i wszelkiego rodzaju słodyczy w szkołach powinna być karana – zaproponował ostatnio słynny amerykański pediatra i specjalista od walki z otyłością, profesor Robert Lustig z University of California w San Francisco. „Zagrożenie zdrowia wywołane nadmierną konsumpcją cukru jest tak wielkie, że usprawiedliwia to wprowadzenie regulacji podobnych do tych, na jakie zdecydowano się w przypadku alkoholu czy nikotyny”...
po resztę zapraszam tu:
http://wiedza.newsweek.pl/cukier-uzaleznia,88768,1,1.html
Trudno się nie zgodzić...
Cytat:
"...
Lenistwo...Ludzie różnią się między sobą najbardziej wymaganiami, jakie sobie stawiają. Człowiek leniwy to ktoś, kto nie stawia sobie żadnych wymagań. Jego filozofia życia opiera się często na przeświadczeniu, iż urodził się zmęczony po to, by wreszcieodpocząć. Lenistwo może przejawiać się na różne sposoby, w zależności od sfery człowieczeństwa, której dotyka. Najłatwiej zauważalne jest lenistwo fizyczne. Przejawia się ono w wygodnictwie, w bezczynności, w bezmyślnym traceniu czasu, w unikaniu jakiejkolwiek pracy i wysiłku. Nie mniej groźne jest lenistwo intelektualne. Polega ono na tym, że dany człowiek nie używa swojej zdolności myślenia po to, by obserwować rzeczywistość i by wyciągać logiczne wnioski z tych obserwacji. Lenistwo w myśleniu prowadzi do bezmyślności, do trwania w ignorancji, do bezkrytycznego ulegania modnym ideologiom i sloganom.
Lenistwo intelektualne to najkrótsza droga do arogancji i do fikcyjnego przekonania o własnej wielkości. Wyjątkowo bolesne skutki przynosi lenistwo moralne. Oznacza ono niechęć danego człowieka do analizowania własnego postępowania w kategoriach dobra i zła, zasługi i winy. Człowiek leniwy w sferze moralnej ma nieuporządkowane sumienie, a w konsekwencji nieuporządkowane życie.
Człowiek, który ulega lenistwu w sferze myślenia, staje się duchowo pusty, gdyż duchowość to zdolność do zrozumienia samego siebie i do szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania: skąd się wziąłem? dokąd czy do kogo zmierzam? w oparciu o jakie więzi i wartości mogę osiągnąć cel mego istnienia? Lenistwo duchowe oznacza, że dany człowiek nie stawia sobie takich pytań.
Lenistwo powoduje także poważne problemy zdrowotne (nadwaga, nadciśnienie, utrata kondycji i sprawności fizycznej). Zdrowie to przecież ruch i wysiłek!. Człowiek leniwy pogrążając się w ospałości, zadowala się szukaniem przyjemności i zaspokajaniem podstawowych potrzeb, prezentując tym samym postawę typową dla niemowlęcia..."
Lenistwo intelektualne to najkrótsza droga do arogancji i do fikcyjnego przekonania o własnej wielkości. Wyjątkowo bolesne skutki przynosi lenistwo moralne. Oznacza ono niechęć danego człowieka do analizowania własnego postępowania w kategoriach dobra i zła, zasługi i winy. Człowiek leniwy w sferze moralnej ma nieuporządkowane sumienie, a w konsekwencji nieuporządkowane życie.
Człowiek, który ulega lenistwu w sferze myślenia, staje się duchowo pusty, gdyż duchowość to zdolność do zrozumienia samego siebie i do szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania: skąd się wziąłem? dokąd czy do kogo zmierzam? w oparciu o jakie więzi i wartości mogę osiągnąć cel mego istnienia? Lenistwo duchowe oznacza, że dany człowiek nie stawia sobie takich pytań.
Lenistwo powoduje także poważne problemy zdrowotne (nadwaga, nadciśnienie, utrata kondycji i sprawności fizycznej). Zdrowie to przecież ruch i wysiłek!. Człowiek leniwy pogrążając się w ospałości, zadowala się szukaniem przyjemności i zaspokajaniem podstawowych potrzeb, prezentując tym samym postawę typową dla niemowlęcia..."
źródło:https://www.facebook.com/photo.php?fbid=422724297808370&set=a.352195241527943.83880.351287104952090&type=1&theater
Transfer Factor
Kolejny specyfik który być może pomoże :P. Najgorsze jest to że stosuję jednocześnie tyle dziwnych specyfików że tak na prawdę nie wiem co mi pomaga :P.
"...Transfer factors (T.F.) are low molecular weight peptides or immune messengers that transfer the ability to express cell mediated immunity (or delayed type hypersensitivity) from immune donors to non-immune recipients. H. Sherwood Lawrence demonstrated this passive transfer of immunity (1,2) in 1949. He collected leukocytes from immune donors who demonstrated a positive skin reaction to a specific antigen and prepared extracts from them. He injected the extracts to skin test negative or immune compromised subjects. Subsequently the recipients reverted to skin positive reactions to the same antigens. These experiments thus provided direct and dramatic evidence for transfer of systemic and specific immunity between individuals. Subsequent repetition of these experiments with other antigens and indeed therapeutic trials of transfer of cellular immunity conducted by many investigators have confirmed and extended Lawrence's original observations. The results of these studies appear in thousands of publications a mini review of which appears later (see clinical and therapeutic uses of T.F.). It should be emphasized that transfer factors do not act as drugs for specific disease conditions, however, apparently, they endow the recipient with de novo immune capacity to resist and repel infections. Transfer factors are small peptides composed of number of amino acid residues (66, 67). Multiple combinatorial patterns between these amino acids create a vast number of different T.F. molecules. Such a large number of molecules would then satisfy the notion that a specific T.F. molecule is necessary to transfer immunity to each and every specific antigenic determinant (68). Another words, T.F. transfers immune power to a recipient who will subsequently gain specific immunity..."
źródło:
Cukier...
Dla wszystkich zastanawiających się czy dieta bez cukru jest dobrym pomysłem: "...Według wielu autorów cukier (sacharoza) tłumi działanie układu odpornościowego. Jak to się dzieje? Spożycie cukru stymuluje trzustkę do wydzielania dużych ilości insuliny, która konieczna jest do jego rozłożenia. Insulina pozostaje w krwiobiegu jeszcze długo po rozkładzie cukru, co utrudnia przysadce mózgowej wydzielanie hormonu wzrostu. Hormon ów pełni funkcję głównego regulatora układu odpornościowego, a więc
każdego objadającego się codziennie dużymi ilościami cukru prędzej czy później czeka ostry niedobór tego hormonu, w konsekwencji zaś obniżenie odporności na skutek nieustannego nadmiaru insuliny we krwi. Najczęściej spożywany, rafinowany, biały cukier traktowany jest przez układ odpornościowy jako ciało obce z uwagi na swą nienaturalną strukturę chemiczną oraz obecność przemysłowych zanieczyszczeń powstałych w procesie przetwórczym. Tym samym cukier niepotrzebnie wywołuje także reakcje obronne i może indukować odczyny autoimmunologiczne...."
źródło:https://www.facebook.com/photo.php?fbid=408084922605641&set=a.352195241527943.83880.351287104952090&type=1&theater
Parasite rex...
"...Badacze ze Szwecji odkryli, w jaki sposób pasożyty toksoplazmozy zmieniają zachowania zaatakowanej myszy, która przestaje się bać kotów i staje się łatwym łupem. W ten sposób pierwotniaki się rozprzestrzeniają – pisze „New Scientist”.
Pasożyty o nazwie Toxoplasma gondii atakują koty i niektóre kotowane, a na gryzonie przenoszone są za pośrednictwem odchodów chorych osobników.Są wyjątkowo podstępne. Gdy zasiedlą się w organizmie myszy, potrafią wniknąć do komórek dendrytycznych należących do układu immunologicznego...."
Po resztę zapraszam do źródła:
Lactobacillus rhamnosus
Nic nowego, ciekawe natomiast jest to że po raz pierwszy spotkałem się z tym iż określono dokładnie jaki składnik najbardziej pomaga: Lactobacillus rhamnosus.
W sprzedaży znalazłem: http://www.doz.pl/leki/p8444-Dicoflor_30_kapsulki
Jako że narazie kupiłem Asecurin, to poczekam aż się on skończy i następny kupię właśnie ten Dicoflor.
Zachęcam do lektury:
Probiotics among supplements effective in preventing atopic dermatitis in young children
Foolad N. Arch Dermatol. 2012;doi:10.1001/jamadermatol.2013.1495.
January 2, 2013
Some nutritional supplements, including probiotics, were beneficial in preventing atopic dermatitis and reducing its severity in children aged younger than 3 years, according to results of a systematic literature review.
Researchers at University of California at Davis School of Medicine searched Cochrane Central Register of Controlled Trials, Medline and Latin American and Caribbean Health Science Literature for articles published from Jan. 1, 1946, to Aug. 27, 2012. They focused on randomized control trials and cohort studies examining nutritional supplementation in prevention and amelioration of atopic dermatitis (AD) among children younger than 3 years.
Among the 21 included studies, 6,859 participants — including infants or mothers who were either pregnant or breastfeeding — received supplements; 4,134 infants and mothers served as controls. In 11 of 17 studies, nutritional supplementation was shown to be effective in preventing AD, and in five of six studies, it was shown to decrease AD severity. In 10 studies, probiotics were provided to children alone or to both children and their mothers during prenatal and postnatal periods.
“The best evidence lies with probiotics supplementation in mothers and infants in preventing development and reducing severity of AD,” the researchers reported. “Specifically, Lactobacillus rhamnosus GG was effective in long-term prevention of AD development. [Gamma]-linolenic acid reduced severity of AD....”
Po resztę zapraszam tu:
http://www.healio.com/dermatology/dermatitis/news/online/%7B04B1E9D4-8EC0-4A69-A73E-DDBBAE248103%7D/Probiotics-among-supplements-effective-in-preventing-atopic-dermatitis-in-young-children
Ctip2
Image Caption: Skin on this mouse, which has no production of a gene called Ctip2, is heavily inflamed with eczema. Credit: Oregon State University
redOrbit Staff & Wire Reports – Your Universe Online
The discovery of a potential genetic cause for a form of eczema most commonly found in infants could help lead to the development of new treatment options for the inflammatory skin disorder.
The condition, which is known as atopic dermatitis, can lead to long-term swelling, dry and itchy skin, and redness or inflammation. According to the US Library of Medicine, it is due to a hypersensitivity reaction in the skin, similar to an allergy. In fact, those who have the condition might test positive during an allergy test, even though it is not caused by an allergic reaction.
While the condition is most common in babies, millions of adults also suffer from atopic dermatitis. Furthermore, this form of eczema can sometimes cause asthma. That’s what makes a new study, completed at Oregon State University (OSU) in Corvallis, Oregon and recently published in the journal PLoS One, seem so promising....
po resztę posta zapraszam tu:
"Życie bez mydła"
Mam przed oczami te małe rączki dotykające w reklamach muszli klozetowej. A prawda jest taka, że na desce od sedesu jest mniej bakterii niż tej do krojenia warzyw czy mięsa - rozmowa z dr. Wojciechem Feleszką, pediatrą
Czy warto się myć?
Ale ma pani pytania...
Pytam, bo coraz więcej Amerykanów żyje bez mydła.
Warto, ale z drugiej strony nie mam wątpliwości, że Amerykanom ograniczenie środków myjących, a przede wszystkim antybakteryjnych, bardzo się przyda. Jeśli bowiem w każdym sklepie w USA przy wejściu stoją chusteczki jednorazowe nasączone płynem bakteriobójczym, którym przeciera się rączkę wózka, w siedzibach koncernów - dozowniki na alkohol do rąk,po resztę wywiadu zapraszam tu:http://zdrowie.gazeta.pl/Zdrowie/1,107103,8977844,Zycie_bez_mydla.html
umckaloabo
Nowe "odkrycie":
"In areas of southern Africa, aqueous extracts from the roots of Pelargonium sidoides are employed to cure various disorders. Nowadays, a modern formulation (EPs 7630), elaborated from the traditional herbal medicine, is successfully used for the treatment of respiratory tract diseases. We previously observed that root extracts of P. sidoides and their representative constituents exhibit moderate antibacterial and significant immunomodulatory capabilities. The present study was performed to further assess the efficacy and mode of action for these pharmacological activities. The results indicate that P. sidoides extracts may well possess antimycobacterial activity as claimed in traditional uses. Furthermore, significant antibacterial properties against multi-resistant Staphylococcus aureus strains as well as TNF-inducing potencies and prominent interferon-like activities in supernatants of sample-activated bone marrow-derived macrophages were observed using several functional assays. In addition, EPs 7630 stimulated the synthesis of IFN-β in MG 63 cells as demonstrated by a specific enzyme immunoassay. For gallic acid, a characteristic constituent, evidence for the expression of iNOS and TNF-α transcripts in stimulated RAW 264.7 cells and, hence, activation at the transcriptional level was revealed by RT-PCR. The present results, when taken together with the recently reported pharmacological activities, provide for a rationale basis of the utilization of EPs 7630 in the treatment of respiratory tract infections."
O ortoreksji
Post w całości jest cytatem z facebookowego profilu "Centrum Ozimek" (niesamowicie polecam subskrypcję)
"Post o ortoreksji- ku przestrodze. Długi, ale piekielnie ważny !
Wiele osób słyszało o anoreksji (jadłowstręcie psychicznym), bulimii (żarłoczność psychiczna), a nawet o tanoreksji (uzależnieniu od opalania). Ortoreksja dla większości wciąż pozostaje tajemnicą. Warto więc uświadomić sobie, czym tak właściwie jest, choćby po to, aby nie uwłaczać:) za plecami znajomym ortorektykom, wrzucając ich d
o wspólnego worka z anorektykami. Sama nazwa jak i choroba nie wzięły się znikąd i nie są kolejną fanaberiami znudzonych psychiatrów i psychologów. Termin wprowadził amerykański lekarz – Steven Bratman, po głębokiej introspekcji, ponieważ sam wpadł w szpony tej choroby. Jako dziecko z alergią pokarmową, spożywał bardzo monotonne posiłki. Smak większości potraw był mu całkowicie obcy. Wyrastał w uwielbieniu do tego, co zdrowe, co bio, co eko. Całe swoje całe życie wręcz podporządkował jedzeniu. To, że jest i w jakim stopniu chory uświadomił sobie dopiero podczas praktyki lekarskiej. Zorientował się, że wielu innych ludzi tak samo obsesyjnie postrzega kwestię zdrowej żywności, jak on sam. Aby przestrzec innych przed takim "odmiennym" stylem życia, nie tylko zdefiniował nową chorobę, ale też w 1997 wydał książkę - „W szponach zdrowej żywności.”
Wikipedia definiuje ortoreksję (Orthorexia nervosa; ortho - "prawidłowy"; orexis - "apetyt") - jako obsesję na punkcie jakości przyjmowanego pokarmu.
Przejawia się podobnie do anoreksji, ale w większości przypadków nie prowadzi do istotnej klinicznie utraty wagi i innych jej objawów. Skutkiem ortoreksji jest jednak przyjęcie jedynej słusznej linii ideologicznej "jedynie słusznego jedzenia", co powoduje konflikty interpersonalne, izolację i koncentrację ortorektyka na wszystkim, co związane z przygotowywaniem, przechowywaniem i konsumowaniem żywności.
Ortoreksja jak większość uzależnień zwykle zaczyna się całkiem niewinnie. Pewnego dnia postanawiacie, że nie tkniecie nigdy więcej czegokolwiek, co jest niezdrowe. Macie szlachetny cel- zdrowy styl życia. Zaczynacie od stosowania przeróżnych diet. Z niezwykłą precyzją planujecie codzienny jadłospis. Stopniowo eliminujecie coraz więcej produktów, zostawiacie na liście jedynie te, które wydają się Wam niczym nie skażone. I tak krok po kroku wpadacie w ortoreksję – obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. Kontrola nad pożywieniem będzie Wam rekompensować porażki w innych dziedzinach życia. Tu nikt nie może Wami sterować. Sami decydujecie o tym, co zjedzcie i kiedy. Najpierw rezygnujecie zwykle ze słodyczy i tłuszczów. Potem jedyna odpowiednia, bo na pewno zdrowa, wydaje się już tylko żywność ekologiczna. Na półce i na dysku komputera wciąż rośnie kolekcja poradników i książek o tym, co jeść, a czego unikać. Rozkład dnia podporządkowujecie ściśle określonym rytuałom i zasadom. O tej porze jecie to, o tej tamto, a potem w ogóle najlepiej nic. Ale celem tych wszystkich ograniczeń i rytuałów wcale nie jest odchudzanie. Bo w ortoreksji najistotniejsza jest jakość posiłków, a nie ich ilość. Niemalże perfekcyjna znajomość wszelakich tabel kalorycznych i listy konserwantów to standard. Każdy kęs musi być przeżuty odpowiednią ilość razy, w dopowiednim czasie. Każda wartość odżywcza posiłku musi zostać skrupulatnie przemyślana i odnotowana. Skład każdego kupionego produktu drobiazgowo i perfekcyjnie analizujemy porównując z posiadaną bazą danych. Wszędzie przecież czyhają emulgatory, środki konserwujące, herbicydy, pestycydy, metale ciężkie itd.
Podobnie, jak w anoreksji i bulimii, przyczyn ortoreksji większość badaczy upatruje się w psychice. Szczególnie podatne są osoby bardzo skoncentrowane na sobie i nieustannie dążące do perfekcjonizmu na wielu płaszczyznach, w wielu dziedzinach życia. Coraz więcej energii poświęcają one na skrupulatne komponowanie swoich posiłków, dobierając poszczególne produkty bardzo precyzyjnie. Świadomość, że mogą w pełni kontrolować tą sferę swojego życia, zaczyna sprawiać im ogromną satysfakcję. Na resztę "ignorantów" patrzą wręcz z pogardą. Narzucają sobie coraz większy reżim dietetyczny. Stosują "wewnętrzny" system kar i nagród. Każde odstępstwo od zasad i rytuałów wywołuje ogromne poczucie winy. Za spożycie czegoś „nieczystego” potrafią się karać, najczęściej eliminując kolejny produkt z listy dotychczas dozwolonych. Wierzą, że jedynie taka dieta pozwoli zachować im dobrą formę i zdrowie. Nawet nie zauważają, kiedy pojawiają się problemy na gruncie towarzyskim i zawodowym. Ortorektyk spożywa swoje posiłki zwykle w samotności, skutecznie izoluje się od znajomych, uważając, że go nie rozumieją. Widzi w nich wrogów ideologicznych, ignorantów, którzy za wszelką cenę starają się zniechęcić go do zdrowego stylu trybu życiu. A tak przecież nie jest, ale na tym właśnie polega uzależnienie. Sami nie zdajemy sobie sprawy, co się z nami dzieje. A dobre rady innych odbieramy jako atak na własną osobę. Mimo, że w założeniu dieta ortorektyków jest zdrowa, to jednak taki sposób odżywiania ma swoje negatywne skutki. Nieprawidłowo zbilansowane posiłki mogą prowadzić do ogromnego niedoboru minerałów i witamin. Nasze organy zaczynają się buntować i przestają funkcjonować tak, jak byśmy chcieli, tak jak powinny. Pojawiają się bóle i zawroty głowy oraz kłopoty z pamięcią i koncentracją. Do tego zwykle dołączają bóle brzucha, nudności, luźne stolce lub zaparcia, osłabienie, wahania ciśnienia krwi, niedokrwistość (anemia). Podobnie jak w przypadku anoreksji bardzo często zanika miesiączka, poniewać tak restrykcyjna dieta skutecznie zaburza produkcję estrogenów odpowiedzialnych za regularność cykli miesiączkowych. Poza tym niedobory energetyczne powodują zachwianie całej gospodarki hormonalnej organizmu, co z kolei może prowadzić do pojawienia się stanów depresyjnych.
Pamiętajcie, ten problem nie pojawia się z dnia na dzień. To choroba wieloetapowa, w której niewinny początek może doprowadzić do opłakanego końca. Tak jak w przypadku anoreksji, czy bulimii leczenie objawowe to za mało. Trzeba zwalczyć przyczynę, a ona tkwi w psychice. Zanim więc podejmiecie decyzję o wyrafinowanie „zdrowym” stylu życia, zastanówcie się, czy taka dieta jest Wam naprawdę potrzebna. Ortoreksja może być kolejną pułapką na drodze do szczęścia, piękna i zdrowia. Zadajcie sobie pytanie czy warto wkraczać na tą drogę?
Wikipedia definiuje ortoreksję (Orthorexia nervosa; ortho - "prawidłowy"; orexis - "apetyt") - jako obsesję na punkcie jakości przyjmowanego pokarmu.
Przejawia się podobnie do anoreksji, ale w większości przypadków nie prowadzi do istotnej klinicznie utraty wagi i innych jej objawów. Skutkiem ortoreksji jest jednak przyjęcie jedynej słusznej linii ideologicznej "jedynie słusznego jedzenia", co powoduje konflikty interpersonalne, izolację i koncentrację ortorektyka na wszystkim, co związane z przygotowywaniem, przechowywaniem i konsumowaniem żywności.
Ortoreksja jak większość uzależnień zwykle zaczyna się całkiem niewinnie. Pewnego dnia postanawiacie, że nie tkniecie nigdy więcej czegokolwiek, co jest niezdrowe. Macie szlachetny cel- zdrowy styl życia. Zaczynacie od stosowania przeróżnych diet. Z niezwykłą precyzją planujecie codzienny jadłospis. Stopniowo eliminujecie coraz więcej produktów, zostawiacie na liście jedynie te, które wydają się Wam niczym nie skażone. I tak krok po kroku wpadacie w ortoreksję – obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. Kontrola nad pożywieniem będzie Wam rekompensować porażki w innych dziedzinach życia. Tu nikt nie może Wami sterować. Sami decydujecie o tym, co zjedzcie i kiedy. Najpierw rezygnujecie zwykle ze słodyczy i tłuszczów. Potem jedyna odpowiednia, bo na pewno zdrowa, wydaje się już tylko żywność ekologiczna. Na półce i na dysku komputera wciąż rośnie kolekcja poradników i książek o tym, co jeść, a czego unikać. Rozkład dnia podporządkowujecie ściśle określonym rytuałom i zasadom. O tej porze jecie to, o tej tamto, a potem w ogóle najlepiej nic. Ale celem tych wszystkich ograniczeń i rytuałów wcale nie jest odchudzanie. Bo w ortoreksji najistotniejsza jest jakość posiłków, a nie ich ilość. Niemalże perfekcyjna znajomość wszelakich tabel kalorycznych i listy konserwantów to standard. Każdy kęs musi być przeżuty odpowiednią ilość razy, w dopowiednim czasie. Każda wartość odżywcza posiłku musi zostać skrupulatnie przemyślana i odnotowana. Skład każdego kupionego produktu drobiazgowo i perfekcyjnie analizujemy porównując z posiadaną bazą danych. Wszędzie przecież czyhają emulgatory, środki konserwujące, herbicydy, pestycydy, metale ciężkie itd.
Podobnie, jak w anoreksji i bulimii, przyczyn ortoreksji większość badaczy upatruje się w psychice. Szczególnie podatne są osoby bardzo skoncentrowane na sobie i nieustannie dążące do perfekcjonizmu na wielu płaszczyznach, w wielu dziedzinach życia. Coraz więcej energii poświęcają one na skrupulatne komponowanie swoich posiłków, dobierając poszczególne produkty bardzo precyzyjnie. Świadomość, że mogą w pełni kontrolować tą sferę swojego życia, zaczyna sprawiać im ogromną satysfakcję. Na resztę "ignorantów" patrzą wręcz z pogardą. Narzucają sobie coraz większy reżim dietetyczny. Stosują "wewnętrzny" system kar i nagród. Każde odstępstwo od zasad i rytuałów wywołuje ogromne poczucie winy. Za spożycie czegoś „nieczystego” potrafią się karać, najczęściej eliminując kolejny produkt z listy dotychczas dozwolonych. Wierzą, że jedynie taka dieta pozwoli zachować im dobrą formę i zdrowie. Nawet nie zauważają, kiedy pojawiają się problemy na gruncie towarzyskim i zawodowym. Ortorektyk spożywa swoje posiłki zwykle w samotności, skutecznie izoluje się od znajomych, uważając, że go nie rozumieją. Widzi w nich wrogów ideologicznych, ignorantów, którzy za wszelką cenę starają się zniechęcić go do zdrowego stylu trybu życiu. A tak przecież nie jest, ale na tym właśnie polega uzależnienie. Sami nie zdajemy sobie sprawy, co się z nami dzieje. A dobre rady innych odbieramy jako atak na własną osobę. Mimo, że w założeniu dieta ortorektyków jest zdrowa, to jednak taki sposób odżywiania ma swoje negatywne skutki. Nieprawidłowo zbilansowane posiłki mogą prowadzić do ogromnego niedoboru minerałów i witamin. Nasze organy zaczynają się buntować i przestają funkcjonować tak, jak byśmy chcieli, tak jak powinny. Pojawiają się bóle i zawroty głowy oraz kłopoty z pamięcią i koncentracją. Do tego zwykle dołączają bóle brzucha, nudności, luźne stolce lub zaparcia, osłabienie, wahania ciśnienia krwi, niedokrwistość (anemia). Podobnie jak w przypadku anoreksji bardzo często zanika miesiączka, poniewać tak restrykcyjna dieta skutecznie zaburza produkcję estrogenów odpowiedzialnych za regularność cykli miesiączkowych. Poza tym niedobory energetyczne powodują zachwianie całej gospodarki hormonalnej organizmu, co z kolei może prowadzić do pojawienia się stanów depresyjnych.
Pamiętajcie, ten problem nie pojawia się z dnia na dzień. To choroba wieloetapowa, w której niewinny początek może doprowadzić do opłakanego końca. Tak jak w przypadku anoreksji, czy bulimii leczenie objawowe to za mało. Trzeba zwalczyć przyczynę, a ona tkwi w psychice. Zanim więc podejmiecie decyzję o wyrafinowanie „zdrowym” stylu życia, zastanówcie się, czy taka dieta jest Wam naprawdę potrzebna. Ortoreksja może być kolejną pułapką na drodze do szczęścia, piękna i zdrowia. Zadajcie sobie pytanie czy warto wkraczać na tą drogę?
Sterydy - prosto i na temat
Ciekawy filmik na temat sterydów:
http://www.youtube.com/embed/F5HBxG4fBK0
bakteriofagi
Wrocławski Ośrodek Terapii Fagowej
Jako jedyny w Unii Europejskiej i praktycznie jedyny na świecie stosuje eksperymentalną metodę leczenia trudnych zakażeń bakteryjnych za pomocą bakteriofagów, inaczej mówiąc, wirusów atakujących bakterie. Profesor Wim Fleischmann, doświadczony chirurg- ortopeda, określa na łamach "Nature Medicine" działalność wrocławskiego ośrodka jako fundamentalny krok naprzód! Pomysł użycia wirusów do likwidowania bakterii nie jest nowy. Metodę zaczął stosować w 1919 roku odkrywca fagów, paryski lekarz Felix d`Herelle w leczeniu dzieci chorych na czerwonkę bakteryjną. Metoda fagowa przeżywała swój rozkwit w latach 1920-40, bowiem wtedy nie było zbyt wielu środków do walki z bakteriami. Sytuację zmieniło wynalezienie penicyliny i innych antybiotyków. Po roku 1990 zainteresowanie terapią fagową powróciło, a było to związane z pojawianiem się coraz to nowych szczepów bakterii opornych na antybiotyki. Statystyki podają, że np. w Wielkiej Brytanii prawie 40 % zakażeń szpitalnych gronkowcem złocistym nie reaguje na podawane antybiotyki. W USA odsetek ten jest jeszcze większy i przekracza 50 %.
Jak działa to, co ma szanse zrewolucjonizować leczenie zakażeń bakteryjnych, które zbierają większe żniwo śmierci, niż niejedna wojna na świecie. Po wniknięciu do komórki bakteryjnej fagi zaczynają się powielać i w pewnym momencie uwalniają się z komórki, jednocześnie ją niszcząc. Fagi namnażają się do chwili, kiedy w organizmie chorego są jeszcze bakterie danego szczepu. Metoda nie jest groźna dla ludzi, bowiem fagi nie atakują komórek ludzkich.
Ośrodek Terapii Fagowej działa przy Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN im. Ludwika Hirszwelda we Wrocławiu. Prof. Andrzej Górski, kierujący tym ośrodkiem naukowym mówi, że od wielu lat szpitale z całej Polski przysyłają próbki opornych bakterii, a wrocławscy naukowcy dobierają do nich odpowiednie bakteriofagi. Doktor Beata Weber- Dąbrowska musi ciągle poszukiwać nowych fagów, ponieważ bakterie uodparniają się nie tylko na antybiotyki, ale też i na swoich wirusowych wrogów. I tak, kolekcja 40 różnych fagów przeciw szczepom bakterii Escherichia coli, które pochodzą z pierwszego okresu badań, dziś nie wykazuje już żadnej aktywności przeciwbakteryjnej.
Istotnych dowodów na efektywność tej terapii dostarczyły badania na zwierzętach. Doświadczenia na myszach wykazały, że stosując fagi, można wyeliminować wiele infekcji bakteryjnych. Brakuje jednak wiarygodnych badań przeprowadzonych na odpowiedniej grupie pacjentów, chociaż wieloletnie obserwacje kliniczne wykazują, że aż w 70 % uzyskiwano dobre wyniki leczenia. Są i opinie sceptyczne. Nie wszyscy wierzą, ze fagom uda się to, z czym nie radzą sobie nawet najnowszej generacji antybiotyki. Ryland Young z Texas University College Station uważa, że wiedza o fagach jest jeszcze zbyt mała, aby pokładać w nich tak duże nadzieje. Nie wszyscy jednak wykazują taki sceptycyzm. Prof. Wim Fleishmann ze szpitala w Bietigheim w Niemczech postanowił wspomóc wrocławskie badania i chce ruszyć też z tą terapią. Planuje duże testy kliniczne na pacjentach, zgodnie z najnowszymi standardami praktyki medycznej. Wszystko wskazuje, że to właśnie fagi będą terapią przyszłości i antidotum na coraz większą oporność bakterii na antybiotyki.
**************************
NADZIEJA W FAGACH
„Każdego roku zgłaszają się do nas setki osób cierpiących na zakażenia, których żadne antybiotyki nie potrafią wyleczyć. Nam się udaje w ponad 80 procentach. Jak? Podajemy bakteriofagi. Mamy to szczęście, że wrocławski Instytut jest jednym z dwóch miejsc na świecie, gdzie zakażenia bakteryjne nadal leczy się wirusami” – nie kryje dumy prof. Górski, dyrektor Instytutu.
Bakteriofagi (zwane inaczej fagami), wirusy atakujące bakterie, zbudowane są z główki, zawierającej materiał genetyczny (DNA lub RNA) oraz ogonka. Pełni on funkcję „strzykawki” - wirus wbija ją w komórkę bakteryjną i przez nią wstrzykuje materiał genetyczny do wnętrza. Od tego momentu w bakteryjnej komórce zachodzą burzliwe przemiany. Cały jej metabolizm „przestawiany” jest tak, by produkowała nowe winiony (cząsteczki wirusa), identyczne z tym, który ją zaatakował. W ciągu 30 – 60 minut wewnątrz komórki gromadzi się ich kilkadziesiąt. Przepełniona, pęka. Z jej wnętrza wydostają się wirusy. Poszukują kolejnej bakterii i cykl się powtarza.
„Niekiedy wystarczy kilkadziesiąt godzin, by osoba od lat cierpiąca na zakażenie uwolniła się od kłopotu. Leczymy nawet infekcje wywołane przez metycylinooporne szczepy gronkowca złocistego – śmiercionośne bakterie, będące największym postrachem oddziałów intensywnej terapii. Niewątpliwą zaletą bakteriofagów jest ich specyficzność gatunkowa. Określony bakteriofag atakuje tylko jeden gatunek bakterii. Terapię możemy zatem tak dobrać, by zniszczyć zarazki chorobotwórcze, a zachować te dobroczynne, np. z wnętrza układu pokarmowego” – wyjaśnia prof. Górski.
Wybiórczość nie zawsze jest jednak zaletą. W przypadku zakażeń groźnych dla życia nie ma czasu na dobieranie bakteriofaga do patogenu. W takich przypadkach podaje się „koktajle” - mieszanki różnych bakteriofagów. Zwykle działają.
Zdaniem lekarza, terapia fagowa zawodzi znacznie rzadziej niż antybiotykoterapia. Bakteriofagami we Wrocławiu leczy się przewlekłe zakażenia układu moczowego, rany i oparzenia. Terapia fagowa jest tańsza od klasycznej. Jej koszt nie przekracza 300 zł. To niewiele w porównaniu z cenami najnowocześniejszych antybiotyków, liczonych w setkach złotych za pojedynczą dawkę leku.
WIRUSA TANIO (NIE) SPRZEDAM
Badania oraz terapię fagową kontynuowały tylko dwa ośrodki:we Wrocławiu, (założony przez Ludwika Hirszfelda) oraz w Tbilisi, wówczas stolicy Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (założony przez odkrywcę bakteriofagów, komunistę d'Herelle'a). Ich badaniami świat medyczny nie interesował się specjalnie, a same ośrodki nigdy nie podjęły próby jakiejkolwiek współpracy. Stan taki utrzymywał się przez niemal 50 lat. Dopiero w połowie lat 90. zjawisko antybiotykooporności kazało przypomnieć sobie firmom farmaceutycznym o wirusach zwalczających bakterie.
„Zaczęli zgłaszać się do mnie przedstawiciele firm farmaceutycznych, chcący odkupić nasza kolekcję fagów (300 gatunków) oraz wiedzę na temat ich praktycznego wykorzystania. Wszystkich odsyłam. To element naszego naukowego dziedzictwa narodowego. To nasz kraj powinien na tym zarabiać, a nie zachodni koncern farmaceutyczny” – podkreśla prof. Górski.
Obiekcji takich nie mieli jednak Gruzini. Przed kilku laty sprzedali część swoich wirusów amerykańskiemu przedsiębiorstwu, z innym nawiązali współpracę. Amerykanie na całym świecie wyszukują bogatych pacjentów, cierpiących z powodu przewlekłych zakażeń i wysyłają do Tbilisi. Gruzini ich leczą. Komercjalizacja usług sprawiła, że instytut kwitnie. W ostatnich latach wybudował dwa luksusowe środki lecznicze: jeden w Gruzji (dla pacjentów z Europy), drugi – w Meksyku (dla Amerykanów). A we Wrocławiu… bieda.
PRAWO ZABRANIA, PIENIĘDZY BRAK
„Polskich fagów skomercjalizować nie możemy z co najmniej kilku powodów” – wyjaśnia profesor.
Zachodnie koncerny, znając trudną sytuacje finansową polskiej nauki, chciały wykupić wirusy za bezcen. Na to nie można było się zgodzić. Wrocławski Instytut jest placówką badawczą, leczniczą niejako przy okazji. Hierarchia ta musi być zachowana.
Co najważniejsze, terapia fagowa jest na razie eksperymentem medycznym, a tych ani polskie, ani unijne, ani amerykańskie prawo komercjalizować nie pozwala. Nie bez powodu Gruzini otworzyli ośrodek leczniczy w pobliskim Meksyku, nie w USA.
„W tym przypadku można by uznać, że prawo działa na nasza niekorzyść. Nim skomercjalizujemy metodę, musimy ją oficjalnie zarejestrować. Rejestrację poprzedzić muszą wieloośrodkowe badania kliniczne. te zaś kosztują co najmniej kilkadziesiąt milionów euro. Nie stać nas” – przyznaje prof. Górski. – „Są jednak sposoby, by wyjść z tego impasu, ale ... nie uprzedzajmy faktów…” - dodaje.
Jako jedyny w Unii Europejskiej i praktycznie jedyny na świecie stosuje eksperymentalną metodę leczenia trudnych zakażeń bakteryjnych za pomocą bakteriofagów, inaczej mówiąc, wirusów atakujących bakterie. Profesor Wim Fleischmann, doświadczony chirurg- ortopeda, określa na łamach "Nature Medicine" działalność wrocławskiego ośrodka jako fundamentalny krok naprzód! Pomysł użycia wirusów do likwidowania bakterii nie jest nowy. Metodę zaczął stosować w 1919 roku odkrywca fagów, paryski lekarz Felix d`Herelle w leczeniu dzieci chorych na czerwonkę bakteryjną. Metoda fagowa przeżywała swój rozkwit w latach 1920-40, bowiem wtedy nie było zbyt wielu środków do walki z bakteriami. Sytuację zmieniło wynalezienie penicyliny i innych antybiotyków. Po roku 1990 zainteresowanie terapią fagową powróciło, a było to związane z pojawianiem się coraz to nowych szczepów bakterii opornych na antybiotyki. Statystyki podają, że np. w Wielkiej Brytanii prawie 40 % zakażeń szpitalnych gronkowcem złocistym nie reaguje na podawane antybiotyki. W USA odsetek ten jest jeszcze większy i przekracza 50 %.
Jak działa to, co ma szanse zrewolucjonizować leczenie zakażeń bakteryjnych, które zbierają większe żniwo śmierci, niż niejedna wojna na świecie. Po wniknięciu do komórki bakteryjnej fagi zaczynają się powielać i w pewnym momencie uwalniają się z komórki, jednocześnie ją niszcząc. Fagi namnażają się do chwili, kiedy w organizmie chorego są jeszcze bakterie danego szczepu. Metoda nie jest groźna dla ludzi, bowiem fagi nie atakują komórek ludzkich.
Ośrodek Terapii Fagowej działa przy Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN im. Ludwika Hirszwelda we Wrocławiu. Prof. Andrzej Górski, kierujący tym ośrodkiem naukowym mówi, że od wielu lat szpitale z całej Polski przysyłają próbki opornych bakterii, a wrocławscy naukowcy dobierają do nich odpowiednie bakteriofagi. Doktor Beata Weber- Dąbrowska musi ciągle poszukiwać nowych fagów, ponieważ bakterie uodparniają się nie tylko na antybiotyki, ale też i na swoich wirusowych wrogów. I tak, kolekcja 40 różnych fagów przeciw szczepom bakterii Escherichia coli, które pochodzą z pierwszego okresu badań, dziś nie wykazuje już żadnej aktywności przeciwbakteryjnej.
Istotnych dowodów na efektywność tej terapii dostarczyły badania na zwierzętach. Doświadczenia na myszach wykazały, że stosując fagi, można wyeliminować wiele infekcji bakteryjnych. Brakuje jednak wiarygodnych badań przeprowadzonych na odpowiedniej grupie pacjentów, chociaż wieloletnie obserwacje kliniczne wykazują, że aż w 70 % uzyskiwano dobre wyniki leczenia. Są i opinie sceptyczne. Nie wszyscy wierzą, ze fagom uda się to, z czym nie radzą sobie nawet najnowszej generacji antybiotyki. Ryland Young z Texas University College Station uważa, że wiedza o fagach jest jeszcze zbyt mała, aby pokładać w nich tak duże nadzieje. Nie wszyscy jednak wykazują taki sceptycyzm. Prof. Wim Fleishmann ze szpitala w Bietigheim w Niemczech postanowił wspomóc wrocławskie badania i chce ruszyć też z tą terapią. Planuje duże testy kliniczne na pacjentach, zgodnie z najnowszymi standardami praktyki medycznej. Wszystko wskazuje, że to właśnie fagi będą terapią przyszłości i antidotum na coraz większą oporność bakterii na antybiotyki.
**************************
NADZIEJA W FAGACH
„Każdego roku zgłaszają się do nas setki osób cierpiących na zakażenia, których żadne antybiotyki nie potrafią wyleczyć. Nam się udaje w ponad 80 procentach. Jak? Podajemy bakteriofagi. Mamy to szczęście, że wrocławski Instytut jest jednym z dwóch miejsc na świecie, gdzie zakażenia bakteryjne nadal leczy się wirusami” – nie kryje dumy prof. Górski, dyrektor Instytutu.
Bakteriofagi (zwane inaczej fagami), wirusy atakujące bakterie, zbudowane są z główki, zawierającej materiał genetyczny (DNA lub RNA) oraz ogonka. Pełni on funkcję „strzykawki” - wirus wbija ją w komórkę bakteryjną i przez nią wstrzykuje materiał genetyczny do wnętrza. Od tego momentu w bakteryjnej komórce zachodzą burzliwe przemiany. Cały jej metabolizm „przestawiany” jest tak, by produkowała nowe winiony (cząsteczki wirusa), identyczne z tym, który ją zaatakował. W ciągu 30 – 60 minut wewnątrz komórki gromadzi się ich kilkadziesiąt. Przepełniona, pęka. Z jej wnętrza wydostają się wirusy. Poszukują kolejnej bakterii i cykl się powtarza.
„Niekiedy wystarczy kilkadziesiąt godzin, by osoba od lat cierpiąca na zakażenie uwolniła się od kłopotu. Leczymy nawet infekcje wywołane przez metycylinooporne szczepy gronkowca złocistego – śmiercionośne bakterie, będące największym postrachem oddziałów intensywnej terapii. Niewątpliwą zaletą bakteriofagów jest ich specyficzność gatunkowa. Określony bakteriofag atakuje tylko jeden gatunek bakterii. Terapię możemy zatem tak dobrać, by zniszczyć zarazki chorobotwórcze, a zachować te dobroczynne, np. z wnętrza układu pokarmowego” – wyjaśnia prof. Górski.
Wybiórczość nie zawsze jest jednak zaletą. W przypadku zakażeń groźnych dla życia nie ma czasu na dobieranie bakteriofaga do patogenu. W takich przypadkach podaje się „koktajle” - mieszanki różnych bakteriofagów. Zwykle działają.
Zdaniem lekarza, terapia fagowa zawodzi znacznie rzadziej niż antybiotykoterapia. Bakteriofagami we Wrocławiu leczy się przewlekłe zakażenia układu moczowego, rany i oparzenia. Terapia fagowa jest tańsza od klasycznej. Jej koszt nie przekracza 300 zł. To niewiele w porównaniu z cenami najnowocześniejszych antybiotyków, liczonych w setkach złotych za pojedynczą dawkę leku.
WIRUSA TANIO (NIE) SPRZEDAM
Badania oraz terapię fagową kontynuowały tylko dwa ośrodki:we Wrocławiu, (założony przez Ludwika Hirszfelda) oraz w Tbilisi, wówczas stolicy Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (założony przez odkrywcę bakteriofagów, komunistę d'Herelle'a). Ich badaniami świat medyczny nie interesował się specjalnie, a same ośrodki nigdy nie podjęły próby jakiejkolwiek współpracy. Stan taki utrzymywał się przez niemal 50 lat. Dopiero w połowie lat 90. zjawisko antybiotykooporności kazało przypomnieć sobie firmom farmaceutycznym o wirusach zwalczających bakterie.
„Zaczęli zgłaszać się do mnie przedstawiciele firm farmaceutycznych, chcący odkupić nasza kolekcję fagów (300 gatunków) oraz wiedzę na temat ich praktycznego wykorzystania. Wszystkich odsyłam. To element naszego naukowego dziedzictwa narodowego. To nasz kraj powinien na tym zarabiać, a nie zachodni koncern farmaceutyczny” – podkreśla prof. Górski.
Obiekcji takich nie mieli jednak Gruzini. Przed kilku laty sprzedali część swoich wirusów amerykańskiemu przedsiębiorstwu, z innym nawiązali współpracę. Amerykanie na całym świecie wyszukują bogatych pacjentów, cierpiących z powodu przewlekłych zakażeń i wysyłają do Tbilisi. Gruzini ich leczą. Komercjalizacja usług sprawiła, że instytut kwitnie. W ostatnich latach wybudował dwa luksusowe środki lecznicze: jeden w Gruzji (dla pacjentów z Europy), drugi – w Meksyku (dla Amerykanów). A we Wrocławiu… bieda.
PRAWO ZABRANIA, PIENIĘDZY BRAK
„Polskich fagów skomercjalizować nie możemy z co najmniej kilku powodów” – wyjaśnia profesor.
Zachodnie koncerny, znając trudną sytuacje finansową polskiej nauki, chciały wykupić wirusy za bezcen. Na to nie można było się zgodzić. Wrocławski Instytut jest placówką badawczą, leczniczą niejako przy okazji. Hierarchia ta musi być zachowana.
Co najważniejsze, terapia fagowa jest na razie eksperymentem medycznym, a tych ani polskie, ani unijne, ani amerykańskie prawo komercjalizować nie pozwala. Nie bez powodu Gruzini otworzyli ośrodek leczniczy w pobliskim Meksyku, nie w USA.
„W tym przypadku można by uznać, że prawo działa na nasza niekorzyść. Nim skomercjalizujemy metodę, musimy ją oficjalnie zarejestrować. Rejestrację poprzedzić muszą wieloośrodkowe badania kliniczne. te zaś kosztują co najmniej kilkadziesiąt milionów euro. Nie stać nas” – przyznaje prof. Górski. – „Są jednak sposoby, by wyjść z tego impasu, ale ... nie uprzedzajmy faktów…” - dodaje.
Gronkowiec złocisty
O tym że mając AZS, ma się również Gronkowca, wie chyba każdy chory. Powstaje pytanie, jak go leczyc... Do czego prowadzą antybiotykoterapie wiadomo. Jakiś czas temu natknąłem się na taki art.:
"Potencjalnie zabójcze bakterie gronkowca złocistego - Staphylococcus aureus - mogą być łatwo pokonane przez nasz układ odpornościowy, o ile zostaną pozbawione złotej barwy przez lek wynaleziony do obniżania poziomu cholesterolu. Według Narodowych Instytutów Zdrowia, które wsparły badania, odkrycie wskazuje obiecujący nowy kierunek walki z tymi patogenami, których oporność na leki ciągle rośnie.
Szczególnie niebezpieczne szczepy MRSA Staphylococcus aureus są jedną z głównych przyczyn szerzenia się zakażeń szpitalnych. Złoty, karotenoidowy pigment - staphyloksantyna ułatwiała tym bakterion unikanie odpowiedzi immunologicznej opartej o produkcję reaktywnych form tlenu. Leki obniżające poziom cholesterolu odpowiedzialne są równiez za blokowanie biosyntezy staphyloksantyny w warunkach in vitro. Zastosowanie tych inhibitorów przyczyniło się do generacji pozbawionych swego koloru bakterii, o obniżonej wirulencji, łatwo eliminowanych w warunkach in vivo, przez układ odpornościowy."
pierwotna publikacja (po darmowej rejestracji):
Zioła vs pasożyty.
Poniższy post jest w całości cytatem z Facebookowego profilu: "Centrum Ozimek"
"...Bardzo często pacjenci zadają mi pytanie- dlaczego w leczeniu zakażeń pasożytami jelitowymi nie stosuję ziół jako leków pierwszego rzutu?
Jestem zdeklarowanymi miłośnikiem ziołolecznictwa i członkiem towarzystw parazytologicznych w wielu krajach, na kilku kontynentach. Moi koledzy będący jak ja wielkimi pasjonatami parazytologii wręcz codziennie ze mną korespondują. Na bieżąco wymieniamy się doświadczeniami i obserwacjami. Niestety z naszych dotychczasowych obserwacji jednoznacznie wynika, że współcześnie stosowane "komercyjne" mieszanki ziołowe nie są wystarczająco silne, aby w pełni wytępić pasożyty w organizmie człowieka. Owszem może nastąpić poprawa. Zmniejsza się populacja pasożytów, ich chęć do posiadania potomstwa i generalnie "życiowa ekspresja", ale pełne wyleczenie następuje rzadko. Po zaprzestaniu przyjmowania preparatów, większość objawów zwykle wcześniej czy później powraca. I nie jest to kwestia ponownego zakażenia. Producenci suplementów ziołowych doskonale o tym wiedzą, ale też wiedzą, że zwiększenie stężenia substancji aktywnych w preparatach może być już szkodliwe, wręcz toksyczne dla organizmu człowieka. Nie chcą ryzykować komplikacji i pozwów. Piołun, wrotycz, oman etc. to nie są jakieś tam sobie ziółka- to toksyczne substancje. Jeśli są w stanie zniszczyć pasożyty, nie mogą być obojętne dla nas. Słowiańska naiwność jednak nie dopuszcza myśli, że zioła mogą być toksyczne. A jednak mogą! Rośliny trujące zwykle można rozpoznać po nieprzyjemnym zapachu lub ostrym, piekącym smaku, dlatego zwierzęta na ogół instynktownie omijają je. Ludzie nie zawsze. Większość malarzy impresjonistów raczących się absyntem (piołunówką) miało problemy z nerkami, do niewydolności włącznie. W wielu krajach sprzedaż absyntu jest zakazana, a nalewki "na robaki" zawierają go znacznie więcej niż absynt. W starożytnym Izraelu piołun podawano przestępcom przed przesłuchaniem, żeby im czerwie nie mąciły umysłu i zeznania były przejrzyste.
Nota bene wiele roślin leczniczych jest równocześnie roślinami trującymi– wszystko zależy od dawki i od sposobu użycia.
Prześledźmy sytuację na następującym, fikcyjnym przykładzie. Nastolatka niezbyt zadowolona ze swojej masy ciała kupuje w internecie tabletki z jajami tzw.solitera. Połyka je. Z jaj wylęgają się larwy, dojrzewają i mieszkają jako tasiemiec w przewodzie pokarmowym nastolatki, powodując stopniową, jakże pożądaną utratę masy ciała. To jest wariant "optymistyczny". Sytuacja ma się zgoła inaczej gdy w przewodzie pokarmowym nastolatki warunki nie są korzystne dla rozwoju larw np. nastolatka przyjmuje jakieś preparaty ziołowe lub chemiczne , których "nie lubią " larwy. Nie chcąc stracić cennego żywiciela, a jednocześnie nie chcąc pozostać w jelitach, larwy przemieszczają się poza ich obręb. Wędrują do wątroby, płuc i mózgu gdzie mogą powodować bardzo poważne problemy zdrowotne. Co gorsza większość leków przeciw pasożytom działa dobrze jedynie w obrębie przewodu pokarmowego. Leczyć zakażenia pasożytami jelitowymi poza jelitami jest znacznie trudniej. W takiej sytuacji zaniechanie leczenia, leczenie standardowe lub kontynuacja leczenia preparatami ziołowymi może sprzyjać powstaniu poważnego zagrożenie zdrowia i życia. Dlatego nie jestem entuzjastą leczenia zakażeń pasożytami jelitowymi preparatami ziołowymi. Chętnie wykorzystuję je natomiast w profilaktyce zakażeń pasożytami oraz u pacjentów, których nie mogę leczyć preparatami chemicznymi.
Mahatma Gandhi : " Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz.".
Moja"wygrana"/satysfakcja ma znaczenie jedynie marginalne. W "grze z pasożytami" (i generalnie w medycynie) nie chodzi o dopieszczanie własnego ego. Ważne jest, żeby to pacjent "wygrał". A jeszcze ważniejsze, żeby "nie przegrał". "
źródło:
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=366874663393334&set=a.352195241527943.83880.351287104952090&type=1
"...Bardzo często pacjenci zadają mi pytanie- dlaczego w leczeniu zakażeń pasożytami jelitowymi nie stosuję ziół jako leków pierwszego rzutu?
Jestem zdeklarowanymi miłośnikiem ziołolecznictwa i członkiem towarzystw parazytologicznych w wielu krajach, na kilku kontynentach. Moi koledzy będący jak ja wielkimi pasjonatami parazytologii wręcz codziennie ze mną korespondują. Na bieżąco wymieniamy się doświadczeniami i obserwacjami. Niestety z naszych dotychczasowych obserwacji jednoznacznie wynika, że współcześnie stosowane "komercyjne" mieszanki ziołowe nie są wystarczająco silne, aby w pełni wytępić pasożyty w organizmie człowieka. Owszem może nastąpić poprawa. Zmniejsza się populacja pasożytów, ich chęć do posiadania potomstwa i generalnie "życiowa ekspresja", ale pełne wyleczenie następuje rzadko. Po zaprzestaniu przyjmowania preparatów, większość objawów zwykle wcześniej czy później powraca. I nie jest to kwestia ponownego zakażenia. Producenci suplementów ziołowych doskonale o tym wiedzą, ale też wiedzą, że zwiększenie stężenia substancji aktywnych w preparatach może być już szkodliwe, wręcz toksyczne dla organizmu człowieka. Nie chcą ryzykować komplikacji i pozwów. Piołun, wrotycz, oman etc. to nie są jakieś tam sobie ziółka- to toksyczne substancje. Jeśli są w stanie zniszczyć pasożyty, nie mogą być obojętne dla nas. Słowiańska naiwność jednak nie dopuszcza myśli, że zioła mogą być toksyczne. A jednak mogą! Rośliny trujące zwykle można rozpoznać po nieprzyjemnym zapachu lub ostrym, piekącym smaku, dlatego zwierzęta na ogół instynktownie omijają je. Ludzie nie zawsze. Większość malarzy impresjonistów raczących się absyntem (piołunówką) miało problemy z nerkami, do niewydolności włącznie. W wielu krajach sprzedaż absyntu jest zakazana, a nalewki "na robaki" zawierają go znacznie więcej niż absynt. W starożytnym Izraelu piołun podawano przestępcom przed przesłuchaniem, żeby im czerwie nie mąciły umysłu i zeznania były przejrzyste.
Nota bene wiele roślin leczniczych jest równocześnie roślinami trującymi– wszystko zależy od dawki i od sposobu użycia.
Prześledźmy sytuację na następującym, fikcyjnym przykładzie. Nastolatka niezbyt zadowolona ze swojej masy ciała kupuje w internecie tabletki z jajami tzw.solitera. Połyka je. Z jaj wylęgają się larwy, dojrzewają i mieszkają jako tasiemiec w przewodzie pokarmowym nastolatki, powodując stopniową, jakże pożądaną utratę masy ciała. To jest wariant "optymistyczny". Sytuacja ma się zgoła inaczej gdy w przewodzie pokarmowym nastolatki warunki nie są korzystne dla rozwoju larw np. nastolatka przyjmuje jakieś preparaty ziołowe lub chemiczne , których "nie lubią " larwy. Nie chcąc stracić cennego żywiciela, a jednocześnie nie chcąc pozostać w jelitach, larwy przemieszczają się poza ich obręb. Wędrują do wątroby, płuc i mózgu gdzie mogą powodować bardzo poważne problemy zdrowotne. Co gorsza większość leków przeciw pasożytom działa dobrze jedynie w obrębie przewodu pokarmowego. Leczyć zakażenia pasożytami jelitowymi poza jelitami jest znacznie trudniej. W takiej sytuacji zaniechanie leczenia, leczenie standardowe lub kontynuacja leczenia preparatami ziołowymi może sprzyjać powstaniu poważnego zagrożenie zdrowia i życia. Dlatego nie jestem entuzjastą leczenia zakażeń pasożytami jelitowymi preparatami ziołowymi. Chętnie wykorzystuję je natomiast w profilaktyce zakażeń pasożytami oraz u pacjentów, których nie mogę leczyć preparatami chemicznymi.
Mahatma Gandhi : " Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz.".
Moja"wygrana"/satysfakcja ma znaczenie jedynie marginalne. W "grze z pasożytami" (i generalnie w medycynie) nie chodzi o dopieszczanie własnego ego. Ważne jest, żeby to pacjent "wygrał". A jeszcze ważniejsze, żeby "nie przegrał". "
źródło:
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=366874663393334&set=a.352195241527943.83880.351287104952090&type=1
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)











